Postanowienia, których nie dotrzymałam.

Jak byłam w ciąży spisałam sobie listę rzeczy, których na pewno nie zrobię własnemu dziecku. Byłam wtedy święcie przekonana, że nigdy, ale to nigdy nie znajdę się w sytuacji, która zmusi mnie do zmiany decyzji. Nie wiem czy Wy też tak miałyście, ale ja będąc w ciąży wyobrażałam sobie, jak to idealnie wychowam własne dziecko i jakie to dziecko będzie posłuszne i rozważne. Bo wiadomo, to głównie od rodzica zależy, jakie jest jego dziecko, więc moje miało być idealne do znudzenia i miało być wychowane idealnie, bo w końcu sama jestem (nie) idealna.

Na szczycie mojej listy znalazło się: „ Nie utuczę”. Pod tym zgrabnym stwierdzeniem krył się cały gąszcz sytuacji, których zamierzałam uniknąć i udawało mi się do około drugiego roku życia syna. Wtedy to zorientowałam się, że moje „ Nie utuczę” skupiające się wyłącznie na unikaniu słodyczy jakimś cudem zupełnie pominęło zmianę dobrej zwykłej wody na słodzone herbatki. Ile ja się potem namęczyłam, żeby nauczyć młodego pić zwykłą wodę. Kacper ma 8 lat, a tak naprawdę udało mi się to dopiero 2 lata temu. Oczywiście nadal ma dostęp do słodzonych napojów, ale w domu króluje woda ( czasem nie). Ogólnie jak na razie udało się samo zamierzenie nie utuczenia.

Jednak dalej nie poszło już tak gładko.

Kolejnym punktem na liście był dostęp do telewizora maksymalnie na godzinę dziennie. No cóż… zważywszy, że od początku telewizor jest włączony praktycznie cały czas, gdy przebywamy w domu, to ta sztuka zupełnie mi nie wyszła. A miało być tak idealnie… Ale niech pierwsza rzuci kamieniem tak, która choć raz dla świętego spokoju nie włączyła dziecku mini mini czy innego dziecięcego kanału z nadzieją, że będzie mieć, choć kilka minut wyłącznie dla siebie. A może nawet wypije kawę/ herbatę, która nadal jest gorąca.

Czytanie do snu. Przez 7 lat, niestrudzenie każdego wieczora siadałam na łóżku młodego i czytałam. Teraz jest na tyle duży, że mógłby to zrobić sam, ale mu się nie chce. Pamiętam, że zaszczepienie miłości do książek było jednym z moich celów, którego nie wyobrażałam sobie nie wypełnić, a teraz moje serce krwawi, bo samodzielne czytanie to dla dziecka jak kara. Ale żeby było zabawniej, książki czytane przeze mnie nadal lubi. To może jest dla nas nadzieja? Może jeszcze będę się cieszyć wzorowym czytelnictwem syna?

Nie będę krzyczeć, nigdy nie stracę cierpliwości, zawsze będę tłumaczyć do skutku. No błagam… ile razy można tłumaczyć i powtarzać jedno i to samo? Przecież nawet święty by się wkurzył. No nie wyszło mi. Czasem gderam, czasem się wściekam. Staram się w tym wszystkim zachować spokój i nie wymagać, aby dziecko domyśliło się jak należy postępować, ale prawda jest taka, że po tylu latach znajomości, wymagam, aby ciąg przyczynowo skutkowy miał opanowany, a nie ma. Krzyczę, nie raz wrzeszczę, wkurzam się, wzdycham, kręcę głową tupię nóżką i ogólnie ciężko ze mną wytrzymać jak już cierpliwość odchodzi w siną dal. Sama sobie mogę odjąć 100 punktów od miana ostoi spokoju.

Będę dbać o jego zdrowie, choćby mnie miało rozerwać, ale nie będą tą matką, która przesadza z przesadną dbałością o zdrowie i czystość. Never, ever! A potem wyszło tak, że nie pozwalałam biegać dziecku w deszczu bez stosownego ubioru. Bałam się byle wiatru i każdej chmurki. Po latach chuchania i dmuchania, bo katarek, bo gorączka i inne dziadostwa doszłam do wniosku, że czy ubrane po zęby czy też nie i tak choruje, więc teraz przynajmniej będzie miało powód. Jedyne tylko czego nie umiem przepracować to brudne ciuchy. Jak go widzę gdzieś z oddali, to właściwie zamiast niego widzę plamę na spodniach lub bluzie i musze odwrócić wzrok, żeby mi moje matczyne serce nie rozpadło się na milion kawałeczków. Brudnego dziecka nie jestem w stanie znieść, a nie raz doprowadza mnie taki widok do czystej furii. No, bo jak można się tak wybrudzić.

Telefon dostanie dopiero w 4 klasie, bo ja tak miałam i było dobrze. No to telefon kupił sobie praktycznie sam i tylko rok wcześniej niż było zamierzone, ale za to moje podejście się zmieniło. Mimo, że jestem świadoma zagrożeń i mózg mi paruje jak sobie dziecko nieraz piosenkę znajdzie to przynajmniej wiem gdzie jest i o ile odbierze jestem w stanie przekazać mu ważne informacje. Poza tym nauczyłam się, że łączność to nie tylko zagrożenia, ale i korzyści.

Teraz jak patrzę wstecz, to mam ochotę przenieść się w czasie do przeszłości, stanąć przed samą sobą i puknąć się w głowę. Albo, chociaż powiedzieć, że nie da się zaplanować życia od A do Z i czasem nasze wyobrażenia, mają się nijak do rzeczywistości.

(Visited 59 times, 1 visits today)

Anna

Jestem 27 letnią mamą ośmiolatka, od niedawna również żoną. Na co dzień pracuję na etacie, a w wolnym czasie prowadzę bloga i biegam, gdy czas i pogoda pozwalają. Uwielbiam ciszę i spokój. Jak na prawdziwą kobietę przystało jestem na diecie, której końca nie widać. Mam własne zdanie i nie zawaham się go wyrazić.

Może Ci się również spodoba

  • Tak jak piszesz, plany planami, ale życie życiem. Zobaczymy, jak to będzie w naszym przypadku.

  • No to muszę przyznać, że mnie się udało. To znaczy założenia miałam nieco inne, mniej kozackie, ale z grubsza idzie jak trzeba. Jako że w mojej rodzinie nie było przemocy fizycznej, tylko krzyki z nerwów – nie było mi trudno nie bić i nie krzyczeć na dziecko, nie mam „odruchu”, tak jak rodzice bici w dzieciństwie. Mój partner też był wychowywany za pomocą „kiedyś wyrośnie” i „trucia nad głową”, więc wiemy, że to możliwe.

    Z żarciem miałam ideał – dziecko je co chce, ale słodyczy pod ręką nie ma. Czasem dostanie od rodziny, ale nawet nie lubi za młodu przyzwyczajona do warzywek. Z wodą mi się nie udało, ale to nie był priorytet, bo sama jej nie cierpię, więc rozumiem, że dziecku może nie smakować i poimy dziecię niesłodkim kompotem lub rozcieńczonym mocno sokiem warzywnym (który jest zdrowszy dla zębów od owocowego).

    Chyba tylko podróżowanie z dzieckiem nie wyszło, młodzież ma krótki wentyl i rowerowe wyprawki robimy do okolic 50 kilometrów. A miały być tygodniowe wojaże z przyczepką. No ale w końcu jeździmy na te wycieczki, więc doszła tylko korekta stylu miast zaniechania.

    Mam luz odnośnie ubierania i to raczej tata na mnie chrząka, że za cienko młodą ubieram. Czujesz – ojciec. 😉

    Telewizor, tablet etc. – nigdy nie miałam schizy na tym punkcie, ważniejsze jest co ogląda, niż ile. W praktyce po może 2 latach fascynacji się znudziło, multimedia są czasami, przy chorobie, paskudnej pogodzie czy z nudów. Trochę z babcią walczę, bo młodej wciska tablet zamiast dać jej kredki do porysowania, no ale to moja wina, że pozwoliłam na przywiezienie tabletu do domu, zresztą kazałam go po paru akcjach „nie mogę spać, bo oglądam bajkę” wyekspediować do wujka, żeby nie miała go codziennie.

    Telefon – zobaczymy. Póki co nie mam jakiegoś trybu „wtedy to za wcześnie”, zależy od rozwoju dziecka i presji rówieśników. Zobaczę też, na jakich nauczycieli trafi, mam nadzieję, że takich, którzy zabierają telefon w razie użycia podczas lekcji, albo że jest odgórny zakaz w szkole. Jeśli nie, będziemy negocjować. 🙂

  • ba kto nie ma postanowień stara sie jak może a potem odpuszcza… choć w pewnych kwestiach nie daje za wygraną nie odpuszczam jestem konsekwentna itd. ale jak to życie idze swoim torem zawsze modyfikuje swoje postanowienia

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial