42 dni postu E. Dąbrowskiej – efekty.

    Weszłaś kiedyś na wagę i stwierdziłaś, że musisz obciąć włosy i ściągnąć bieliznę, bo to połączenie za dużo waży? Ja tak mam całe życie i nie niestety to nie ciężkie majtki, ani kok, ale csii. Pewnego dnia, gdy przestałam sobie wmawiać, że to te gacie, przyszła z pomocną ręką znajoma i opowiedziała mi o poście warzywno owocowym dr Ewy Dąbrowskiej. Czytałam jak się produkowała na tym nieszczęsnym messengerze i myślałam, że autentycznie zwariowała. Jakim cudem miałabym przetrwać 42 dni na samych warzywach i owocach? Mnie przecież potrzeba było młotka gumowego, który przestawiłby mi trybiki w głowie i zmusił do ruszenia tyłka. Bo przecież się nie objadałam, tylko ruchu mi brakowało. Zostało 4 tygodnie do świąt Wielkanocnych, więc przechodzenie na tą 6 tygodniową tragedię żywieniową, bez mojego ukochanego chleba, bez ziemniaczków i bez mleka z płatkami wydało mi się bezsensowne. Tylko jak Ci ktoś wierci tą dziurę w brzuchu, to albo się zamykasz w sobie i udajesz, że Cię nie ma, albo tak jak ja, zaczynasz widzieć światełko w tunelu. Ktoś wierzył we mnie, to może byłoby fajnie gdybym i ja uwierzyła w siebie?

     Tylko widzieć światełko to jedno, a iść w jego kierunku to drugie. Wbrew sobie i sama nie wiem w którym momencie, moim celem stało się przeżycie tygodnia na warzywach. Już pierwszego dnia zdołałam popełnić gafę. No, ale o tym, że to błąd dowiedziałam się trochę później. Zrzucam to na kark swojej niewiedzy i tego, że w Internecie jest wiele sprzecznych informacji, które podają się za rzetelne źródła, a niestety takie nie są.

Mały cel.

Nie zaczęłam postu z myślą o ukończeniu go po 6 tygodniach. Chciałam wytrwać tydzień, bo zdawałam sobie sprawę, że może być ciężko. Bez ziemniaków, bez mięsa i chleba nawet siedem dni jawiło mi się niczym kilka lat. Gdy wytrwałam  pierwszy tydzień i doszło do mnie jak mój organizm był uzależniony od cukru ( pierwsze dwa dni wiązały się z koszmarnym bólem głowy, a pod koniec drugiego dnia z opóźnieniem docierały do mnie bodźce ze świata zewnętrznego. Miałam wrażenie, że jestem w jakimś matrixsie) zaczęłam myśleć o zaliczeniu drugiego tygodnia. W końcu nie po to wymordowało mnie w pierwszych dniach, żebym po kilku dniach wracała do tego co było. W trzecim tygodniu postanowiłam sobie, że jak go ukończę to zrobię 2 dniową przerwę ( tak wiem złe myślenie) na Wielkanoc, ale nie na rzucenie się na żarcie i pochłonięcie wszystkiego, a na drobne ustępstwa. Przetrwałam Wielkanoc, i ją trochę odchorowałam, ale tak jak sobie zaplanowałam wróciłam na dobre tory. Teraz od kilku dni wychodzę z postu jednocześnie zachowując niektóre jego reguły, które uważam za genialne i które pozwoliły mi się w pewnym stopniu uwolnić od rzeczy, mających duży wpływ na moją wagę. Najbardziej dziwię się, że odkryłam nowe smaki, które były na wyciągnięcie ręki, ale jakoś po nie sięgałam. No i uwielbiam to uczucie w którym nie odczuwam głodu. Zachowując zasady postu i jedząc według wytycznych dr E Dąbrowskiej czyli nie więcej niż 800 kcal dziennie, po kilku dniach włącza się odżywianie wewnętrzne, które odpowiada za brak łaknienia i wykorzystywanie zgromadzonych w ciele tłuszczy i innych substancji do jego odżywienia. Oczywiście po zakończeniu postu należy stopniowo zwiększać kaloryczność posiłków, aby nie doprowadzić do niedożywienia organizmu.

     Pewnie sporo z Was zastanawia się, czym jest ten post Ewy Dąbrowskiej. To nic innego jak nowatorski sposób profilaktyki i leczenia przeróżnych schorzeń. Na poście tym spożywa się niskoskrobiowe warzywa i niskocukrowe owoce. Skutkiem ubocznym jest utrata wagi, choć obecnie ta utrata wagi jest celem większości osób na nią przechodzących. Wszak otyłość to choroba naszych czasów. Post stosuje się maksymalnie 42 dni, a minimalnie 14 dni, tak aby organizm miał czas na oczyszczenie się.

Efekty postu.

     Efekty, tylko one mnie mobilizowały, gdy mąż wcinał chipsy, a syn czasem wciągnął coś czekoladowego. Do tego słodzone napoje, które królowały w naszym domu, choć jakoś z ich obecności nie zdawałam sobie sprawy. Pewnie rzuciłabym tą dietę po tygodniu gdyby nie to, że waga pokazała -4 kg. Nigdy tyle nie schudłam przez tydzień i mimo świadomości, że to tylko woda, byłam w szoku, prawie takim samym jak wtedy gdy stanęłam na wagę i uznałam, że coś z nią jest nie tak. Kolejne tygodnie nie były już tak efektowne, ale dla mnie bardzo satysfakcjonujące. Waga spadała wolniej, a wraz z jej spadkiem w mojej głowie powoli zmieniało się zapatrywanie na jedzenie i produkty, których do tej pory używałam. Myślę, że szerzej ten temat przedstawię w innym wpisie, bo zmiana myślenia mimo, że szła w parze z utratą wagi, dotyczy innej sfery. Bilans końcowy dał mi bardzo zadowalający efekt w postaci utraconych 12 kg i miłości do warzyw. Kiedyś też lubiłam warzywa, ale teraz gotując coś dla chłopaków, kombinuję jak przerobić to na jarskie danie, które ze smakiem mogłabym zjeść.

     Teraz po 6 tygodniach wiem dopiero, że jestem na samym początku drogi. Do osiągnięcia zdrowej wagi jeszcze sporo mi brakuje, ale z obecnym zapleczem jest mi łatwiej. Najmilej mimo wszystko patrzy mi się na zdjęcia porównawcze, bo o zmierzeniu się na samym początku zapomniałam, na spodnie, które lecą mi z tyłka i na płaszcz, w którym muszę przeszyć guziki. Patrząc w lustro nie widzę zmiany, ale porównując i wchodząc w ubranie, w które nie mieściłam się ponad rok widzę, że coś drgnęło i szkoda by było, gdybym to zaprzepaściła.

Jeśli macie jakieś pytania to śmiało piszcie w komentarzach, a jeśli również przechodziłyście post, to podzielcie się swoimi wrażeniami. Chętnie dowiem się jak to było u Was.

467 total views, 4 views today

Anna

Jestem 27 letnią mamą ośmiolatka, od niedawna również żoną. Na co dzień pracuję na etacie, a w wolnym czasie prowadzę bloga i biegam, gdy czas i pogoda pozwalają. Uwielbiam ciszę i spokój. Jak na prawdziwą kobietę przystało jestem na diecie, której końca nie widać. Mam własne zdanie i nie zawaham się go wyrazić.

Może Ci się również spodoba

  • Wow niesamowity wynik. Chyba poczytam o tej diecie.

    • To nie dieta:). Dietę powinno się stosować po poście, albo raczej nie dietę ale po prostu zdrowo się odżywiać. Polecam lekturę książki:). Tam jest wszystko profesjonalnie napisane.

  • Brawo!

    Ja mam ambitny plan przejścia na dietę na najbliższe dwa miesiące, a potem kontynuowania tego już w Warszawie. Na swoim będzie mi na pewno łatwiej niż mieszkając z moją mamą, bo o ile teraz jem wszystko, co podsunie mi się pod nos, o tyle w stolicy będę zdana na to, co sama ugotuję.

    • Tak zdecydowanie masz rację, ale będzie cię kusiło to co zrobisz dla rodziny. Chyba że i oni przestawią się na zdrowe żywienie:)

  • Matko jak ja cię podziwiam 🙂 Ja się nie nadaję do żadnych diet!

    • Ja też się nie nadaję do diet:). Ale z tego postu wyciągnęłam wiele i mam nadzieje, że uda mi się jeść zdrowo po wyjściu z postu:).

Close
Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial